przejdź do Sochaczew.pl
ROZSTRZELANY BATALION

W sobotę 22 września kolejny raz spotkamy się przy pomniku w Boryszewie, by upamiętnić Bydgoski Batalion Obrony Narodowej. Tymczasem prezentujemy tekst, którego bohaterem jest Franciszek Kowalczyk, jeden z żołnierzy Bydgoskiego Batalionu, rozstrzelany w Boryszewie. Jego autorką jest dziennikarka Gazety Pomorskiej, która udostępniła go redakcji „Ziemi Sochaczewskiej”.

--------------------------------------------------

 

Za tę zbrodnię żaden Niemiec nie poniósł kary

Mówią, że Boryszew to "mały Katyń". W tym pod Smoleńskiem ofiarami byli polscy oficerowie, "zatwardziali wrogowie ZSRS". Po Sochaczewem (Boryszew jest obecnie dzielnicą miasta) Wehrmacht zamordował 50 bydgoszczan, żołnierzy Września. Za coś, czego nie zrobili.

 

- Zosiu. Tymi starymi, francuskimi karabinami niewiele zdziałamy - tak mówił do żony Franciszek Kowalczyk.

Ostatni raz widzieli się 27 sierpnia 1939 roku. Dwa miesiące później Zofia usłyszała, że mąż był w grupie 50 bydgoszczan rozstrzelanych w Boryszewie.

 

Wiedziała, nie wierzyła

W uroczystościach w Sochaczewie, upamiętniających zamordowanych żołnierzy Bydgoskiego Batalionu Obrony Narodowej, przez wiele lat uczestniczyła Krystyna Kowalczyk, córka Franciszka.

- Po raz pierwszy w Boryszewie byłam z mamą w 1949 roku. Zawiózł nas tam pan Stanisław Cylkowski, właściciel Hurtowni Drogeryjno-Aptecznej "Hadroga", w której tato pracował do wybuchu wojny – opowiadała nam przed laty pani Krystyna.

Miała 9 lat, gdy wybuchła wojna.

- W lipcu 1939 roku tato przebywał na ćwiczeniach w Górnej Grupie. 24 sierpnia ogłoszono pierwszą, tajną mobilizację. Tato założył mundur i poszedł do koszar. Trzy dni później widziałam ojca ostatni raz. To było podczas mszy polowej, która była odprawiana na boisku szkoły przy ulicy Chodkiewicza. Tego dnia wieczorem, przez umyślnego, tato przysłał do domu wiadomość, że mama ma przyjść do koszar. Mnie nie zabrała, bo spałam – wspominała.

Niemcy zajęli Bydgoszcz 5 września. Zofia z córką nie wyjeżdżały z miasta.

- Pamiętam, że podczas działań dywersyjnych nie opuszczałyśmy mieszkania na Matejki. Jakoś bez taty musiałyśmy żyć. Mama pracowała w "Hadrodze".

3 października w domu Kowalczyków zjawiło się dwóch mężczyzn. - To byli panowie Stachowiak i Majer. Udało im się uciec z niemieckiej niewoli. Od nich mama dowiedziała się, że tato, razem z 49 członkami Bydgoskiego Batalionu Obrony Narodowej, został rozstrzelany pod Sochaczewem.

Zofia Kowalczyk wiedziała, ale nie chciała wierzyć. Pisała do Czerwonego Krzyża, do Warszawy i Genewy...

Żołnierze tonęli w kwiatach

W drugiej połowie lat. 30 na Pomorzu powstało kilka oddziałów obrony narodowej. Bydgoski uformowano w kwietniu 1939 r. Dwa cele przyświecały tworzeniu batalionów: miały - choć częściowo - rozwiązać problem bezrobocia i wzmocnić obronność kraju. Pierwszego celu nie udało się osiągnąć, wszak BON miały charakter pospolitego ruszenia, drugi zrealizowano częściowo. Żołnierze byli dobrze wyszkoleni, niestety - uzbrojeni słabo.

Członkowie BBON byli ulubieńcami mieszkańców miasta nad Brdą. Żołnierzy powracających 21 lipca 1939 r. z ćwiczeń witano jak bohaterów. Na Gdańskiej była defilada, żołnierze tonęli w kwiatach, a wiwatom nie było końca. Koło Przyjaciół BBON przygotowało poczęstunek. Wiele zakładów pracy wpłaciło pieniądze na "fundusz powitalny". Browary ofiarowały piwo, masarnie i piekarnie przekazały artykuły żywnościowe. W Lesie Gdańskim zorganizowano spotkanie, Grały trzy orkiestry- wojskowa, kolejowa i pocztowa. Bawiono się do późnego wieczora.

To była ostatnia taka zabawa. Dwa miesiące później - dokładnie 22 września - 50 obrońców stanęło przed plutonem egzekucyjnym.

Za to, że "mordowali Niemców"

1 września 1939 r. Bydgoski Batalion Obrony Narodowej znalazł się w składzie 15. Dywizji Wielkopolskiej. Od pierwszych godzin wojny byd- goszczanie prowadzili walki w okolicach Trzemiętowa. W kolejnych dniach byli zmuszeni opuścić zajmowane pozycje i wycofywać się na wschód. Batalion został rozbity 17 września w rejonie Iłowa-Stare Budy. Niedobitki próbowały wyjść z okrążenia i przedostać się do Warszawy.

W tym czasie na stadionie w Żyrardowie Niemcy trzymali pod strażą prawie 30.000 jeńców; wśród nich było około 200 obrońców z Bydgoszczy. W prowizorycznym obozie panowały okropne warunki - żołnierzom dokuczało zimno, głód, choroby. Jedyną pociechą dla bydgoszczan były krążące wśród jeńców wieści, że Niemcy będą zwalniać do domu. Gdy 21 września po południu usłyszeli, że mają wystąpić ci, którzy należeli do Bydgoskiego Batalionu Obrony Narodowej uznali, że spełniają się ich pragnienia.

179 żołnierzy poprowadzono szosą do Sochaczewa. W połowie drogi załadowano ich na ciężarówki. Zamiast na dworzec trafili za druty.

Rano, 22 września, pod silną eskortą, z karabinami gotowymi do strzału zaprowadzono ich do Boryszewa i postawiono przed sądem polowym. Zostali oskarżeni o to, że 3 września, w Bydgoszczy, brali udział w mordowaniu Niemców - cywilów. W odwecie za rzekomo zamordowanych 5000 Niemców rozstrzelano 50 żołnierzy. Był wśród nich Franciszek Kowalczyk.

Dzięki zabiegom mieszkańców Sochaczewa i PCK już wiosną 1940 r. w okolicach glinianki w Boryszewie dokonano ekshumacji. Ciała zamordowanych bydgoszczan przeniesiono na cmentarz w Kozłowie Biskupim.

Od lat, w rocznicę mordu, władze Sochaczewa organizują uroczystość. Za tę pamięć  bydgoszczanie wdzięczni są społeczności miasta.

Hanka Sowińska

dziennikarka Gazety Pomorskiej

Bydgoszcz

Fot. Hanka Sowińska,

Zbiory Krystyny Kowalczyk

 

A A A
19.09.2018
godz.14:26
 
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość